Zderzenie z New Delhi

Nasza ciekawość świata pcha nas nieustannie do przodu.  Indie – kraj kontrastów, kolorów, zapachów, tych przyjemnych i tych mniej ;),  różnych kultur i religii.  W mojej ocenie ludzie i ich kultura bardziej przypominają tych z Egiptu, czy Tunezji, niż Tajów, Khmerów, Chińczyków czy Wietnamczyków. To jakby taki mały odrębny kontynent, gdzie wiele pozostaje niezmienione od wieków, ale globalizacja i tak wkracza pozostawiając znamiona, …to jest raczej już nieuniknione.

Kraj inny, ale kompanka wciąż ta sama -> Olcia :)

Do Indii leciałyśmy Lufthansą z Wrocławia z przesiadką w Monachium, gdzie autobus omal odjechał beze mnie, bo musiałam oczywiście zrobić zdjęcie samolotu na zewnątrz. Lot umilały nam ekraniki na fotelach i wybór rozrywki, także czas w samolocie zleciał dość szybko. Na samym lotnisku w Niemczech można polecić punkt internetowy Allianz Arena. Jeśli ktoś ma kilka godzin na przesiadkę w sam raz dla zabicia czasu :)

Już na samym początku w New Delhi trafiłyśmy na nieuczciwych kierowców, szuje, które zamiast zawieźć nas we wskazane miejsce, obwoziły nas po kolejnych centrach informacyjnych, aby zarobić na nas trochę rupii. Nie wspominam dobrze pierwszego dnia w stolicy Indii. Byłyśmy potwornie zmęczone, do tego zirytowane oszustami dookoła. Nastawiłyśmy się dość bojowo i podejrzewałyśmy podstęp za każdym razem już później.

Znalazłyśmy w końcu, po długich targach o cenę, nocleg w  Sweet Homes Dx w dzielnicy Pahar Ganj. Pokój bez okna, pełno szybkich jak perszingi robali, pościel brudna, dziurawe prześcieradło i włosy po poprzednich lokatorach. Obrzydlistwo. Robale tak szybko biegały, że ciężko je było dorwać. Trzy udało mi się ukatrupić sandałem. Nawet nie chcę myśleć gdzie one chodziły jak spałyśmy! I tutaj, już pierwszej nocy przydały się nasze podróżne prześcieradła śpiworowe z Decathlonu. Do tego gdzieś w tej dzielnicy wczoraj została zamordowana biała turystka – po drodze nas zaczepiali i pokazywali gazety z nagłówkiem i nakazywali pójść do drogich hoteli! Każdy powód dobry, by wyciągnąć kasę.

Tego dnia chciałyśmy tylko spokoju i ciszy… które nie nadeszły zbyt prędko.

W naszym hostelu od razu wypytali nas gdzie później się wybieramy i czy mamy bilety, bo jeśli nie to nam pomogą je kupić. Oczywiście próbowali nas znów wkręcić, że nasze bilety do Varanasi są nieważne (kupiłyśmy je przez stronkę http://www.cleartrip.com) i że potrzebujemy kart pokładowych?! Na naszych biletach nie było takiej informacji, nigdzie też o czymś takim nie czytałam w internecie przed wyjazdem. Przekonywali, że to są nowe przepisy, od niedawna funkcjonują. A najlepsze, że przekazano nam taką informację w 2 różnych miejscach. Poszłyśmy więc to sprawdzić na dworzec. Okazało się, że oczywiście my mamy rację i znów nas oszukują. Przed kasą, jeden ważniak chciał zobaczyć nasze bilety i już twierdził, że na pewno mamy złe. Oczywiście nie pokazałyśmy mu ich. Odsyłał nas w inne miejsce – do centrum informacyjnego, że tam mamy iść sprawdzić bilety, ale jutro, bo dziś już zamknięte. Olałyśmy naciągacza. I dobrze. Meeeega wściekłość nas już ogarniała. Miałyśmy ich już serdecznie dość. Zwariować można. Co za ludzie?!

Byłam taka zła, że nie miałam ochoty nawet wyciągać mojej ciężkiej lustrzanki, a fotki zamieszczone tutaj pochodzą z aparatu Olci.

W pierwszym dniu w mieście trafiłyśmy na jakieś ‘święto żebraków’. Co bardziej zamożni kupowali jedzenie dla kalekich i biedaków, którzy wysiadywali pod świątyniami, wystrojonymi w kwiaty i kolorowe materiały. Park w środku tego chaotycznego miasta opanowały 2metrowe kolorowe niedźwiedzie (ponad 100), pomalowane przez artystów z całego świata. Każdy miś pomalowany przez artystę danego kraju, polski miś też był :) Reprezentują państwa zrzeszone w ONZ. Wszystkie są symbolem tolerancji, pokojowego współistnienia i międzynarodowego zrozumienia. Ta objazdowa wystawa „United Buddy Bears” w 2008 była również w Warszawie. Niedźwiedzie były też m.in. w Berlinie, Istambule, Sydney, Kairze, Jerozolimie, Paryżu, czy Tokio.

„Peace cannot be kept by force. It can only be achieved by understanding.”
Albert Einstein

Następnego dnia do 12tej musiałyśmy opuścić naszą zarobaczoną miejscówkę, a pociąg dopiero o 18:40. Poszłyśmy więc  zdać bagaże do dworcowej przechowalni – mega kolejka!.

(teraz uwaga!, będzie obrzydliwie… co wrażliwsi nie czytać ;P) W międzyczasie skorzystałam z dworcowej ‘toalety’ (za ładnie powiedziane)! To, że styl ‘na Małysza’ wszechobecny, to już dla nas normalne, ale… szkoda, że nie da się tego smrodu opisać! Widoki również niecodzienne! Wielka śmierdząca kręcona kupa na środku kibelko-otworu w podłodze. W pozostałych ‘kabinach’ były ‘tylko’ umazane kalem ściany, zużyte podpaski na ziemi, pajęczyny i obsikana podłoga… Zbierało mi się na wymioty… masakra. Olcia później też chciała wejść, ale skapitulowała. ^^ (i jak…? ;P)

Po zdaniu bagaży weszłyśmy do Khosala Cafe na papu. Malai Kofta no i oczywiście Masala Chai – pływały w niej nawet kawałki cynamonu i świeży kardamon! :) Pycha!

[PS. Niezłe zestawienie zdjęć powyżej i poniżej ^^, ale taka była kolej rzeczy ;P]

Jakiś stary człek z brodą wszedł do restauracyjki i się wydziera ‘shame, shame India” i coś tam jeszcze…Co chwile jakieś freak’i! Okazało się, że ten świr mieszka tu już ponad 20lat, pochodzi z malutkiego państwa obok Niemiec, więc wnioskuję, że z Luksemburgu i uważa Hindusów za głupie małpy, co ostentacyjnie pokazuje. Wśród lokalnych zwyczajnych ludzi wywołuje już tylko uśmiech na twarzy.

To jak? Przytuliliście dzieciaka już dzisiaj? ;P

Advertisements