Varanasi cz. 1/3

Po wyjściu z dworca napadła nas zgraja rikszarzy i po dużych negocjacjach wybrałyśmy jednego, który zawiózł nas niedaleko Gangesu i ghatów. O 9:00 byłyśmy już w Guesthousie Vishno. Pokój 106 na samej górze, obok kuchni i dachu. Chyba 4 piętro, jeśli dobrze liczę i długie wąskie, kręte schody. Zapachy z kuchni miałyśmy fantastyczne! W ogóle bardzo miła atmosfera, bardzo się o nas troszczą.

Na powitanie dostałyśmy masala chai – mmm… najlepszy chai jak dotąd!! Pycha!

Zamówiłyśmy sobie śniadanie. A na śniadanie… jajka! Bo Wielkanoc w Polsce i w naszych sercach także zagościła :).

Prysznic… daje tutaj niesamowitą radość. Tyle radochy, na samą myśl, że można wejść na chwilę pod zimną wodę, umyć się i schłodzić. W naszej łazience mamy kilku stałych lokatorów… :) Pajączek (korsarz) zamieszkały obok wc, całe gniazdo mrówek i karaluchów zamieszkałych przy natrysku (rura wystająca ze ściany) i Gienia (jaszczurka) zamieszkująca teren między dziurą w ścianie a rurami. Tak więc samotność nam nie będzie doskwierała.

Walczyłam troszkę z karaluchami i mrówkami za pomocą specyfiku na komary z Polski (Orinoko spray do jungli) i muszę powiedzieć, że nadzwyczaj skuteczny. Ale w końcu, one tu były pierwsze, więc pogodziłyśmy się z ich obecnością. Najlepsze, że łazienka jest odgrodzona niewysoką ścianą od pokoju, do sufitu brakuje jakieś 1,5m, także pewnie w nocy sobie wyjdą na spacerek :)

W tym pokoiku nawet mamy balkonik!! Może warunki nie bardzo, ale chociaż jest okno na świat, słońce i powietrze przez nie wpadające, a to już na prawdę baaardzo dużo! :)

Ghaty (ciąg kamiennych schodów prowadzących w dół, ku rzece)… z naszego ghatu, do głównego – Makarnika, było ok. 30 min piechotką. Poruszałyśmy się przeważnie wzdłuż ghatów, odganiając się od różnego rodzaju naganiaczy i sprzedających. Chociaż tutaj skala upierdliwości jest o wiele niższa niż w New Delhi! Poszłyśmy sobie brzegiem Gangesu obserwując lokalnych ludzi kąpiących się w rzece, piorących ubrania, taplające się krowy i palące się stosy ze zwłokami umarłych Hindusów.

Na początku, przy naszym ghacie był jeden palący się stos… Drugie ciało czekało na swoją kolej – okryte pomarańczowym materiałem i ustrojone kwiatami, umieszczone na noszach z drewna, zanurzone najpierw w ich świętej rzece i pozostawione do wyschnięcia przy brzegu. Ponoć każdy Hindus marzy, aby dokonać żywota właśnie tu, nad brzegiem Gangesu… jak się później okazało, to wcale nie jest prawdą. Młode pokolenie już coraz częściej jest wyzwolone z panujących w tym kraju tradycji i zwyczajów… sami zaczynają wybierać miłość swojego życia, a spalenie na stosie w Varanasi już nie jest ich celem ostatecznym.

W ceremonii palenia zwłok uczestniczą sami mężczyźni, jako że kobiety, delikatna płeć zakłócałyby ceremonię swoim płaczem, lamentami, a nawet potrafiłyby rzucić się na palący się stos! A faceci to takie twardziele?! Eh…dla nas bynajmniej to śmieszne i nie dałyśmy się przegonić.

Niestety nie można było robić zdjęć z bliska. Ponoć robiąc zdjęcie kradnie im się duszę i nie trafi ona do ichniejszego ‘nieba’ (jak w Kruku :) ). Jak dla mnie to stare zabobony…  no ale cóż zrobić, należy to uszanować, to my przyjechałyśmy do nich w końcu i musimy się trzymać ich reguł.

Nie ufamy zbytnio ludziom dookoła po naszych doświadczeniach w stolicy, ale… w Varanasi dałyśmy się nabrać jednemu ‘ściemnionemu’ pewnie braminowi w pomarańczowej szatce (choć ostrzegał nas właściciel hostelu przed takimi!). Powiedział, że turyści nie mogą stać obok stosów w dużym ghacie i zaprowadzi nas w miejsce, gdzie będziemy mogły oglądać palące się stosy z góry i nawet zrobić zdjęcie. Perspektywa zrobienia zdjęcia zachęciła nas do podążenia za tym małym człowieczkiem. Ciągle powtarzał, że on nie jest przewodnikiem, nie bierze za to pieniędzy, robi to ze względu na ich religię. No oki. Weszłyśmy na balkon budynku za ghatem, a tam zaczął nam opowiadać o całym rytuale. M.in. ciekawostki, że ciało pali się 3h, ale nie spalają się w tym czasie najtrwalsze kości: u kobiety miednica, a u mężczyzn kość w klatce piersiowej. Te kości są na koniec wyrzucane do Gangesu. Kolejną ciekawostką było to, że nie pali się dzieci, kobiet w ciąży, ich kapłanów (sadhu – asceta żyjący ściśle wg zasad wiary, bramin – członek kasty kapłańskiej) oraz ukąszonych przez kobrę królewską, a także zwierząt – wrzuca się je całe do Gangesu. Obrządek spalania odbywa się tutaj 24h/dobę. Ciało ze względu na upały nie może zbyt długo leżeć, czyli max 1 dzień po śmierci zostaje spalone na stosie w świętym ogniu Shivy.

Oczywiście zdjęć nie pozwolił robić, a potem zaprowadził nas do kobiety, która siedziała przy wejściu, twierdząc, że jest to matka wszystkich biedaków, przed nią uklęknąć, ona dotknie naszych głów i pobłogosławi a my mamy jej dać za to pieniądze. No jeszcze czego… kolejny cyrk dla turystów. Pan był bardzo niezadowolony, że nie chciałyśmy błogosławieństwa, krzyczał coś za nami, a my czym prędzej wyszłyśmy z budynku nie odwracając się za siebie. Planowałyśmy mu dać jakiś napiwek za opowiadanie, ale okazał się zwykłym oszustem, więc nie dostał nic. W sumie wyszło nam na dobre, zdobyłyśmy kilka ciekawych informacji. :)

Bardzo głodne, wyruszyłyśmy w poszukiwaniu jedzonka. Znalazłyśmy knajpkę polecaną przez Lonely Planet i zamówiłyśmy to, co większość na sali, czyli tym razem poszłyśmy na łatwiznę, heh. Dosa – naleśniki wyrabiane z soczewicy i mąki ryżowej, smażone na płaskiej blaszce z dodatkiem ghi (klarowane masło). Nasza była nadziewana ostrą papką warzywną z dodatkiem mega ostrego sosu :). Nawet Olcia się skrzywiła, hehe, a uwielbia bardzo ostre potrawy. Wymieniłyśmy ten sos z piekła rodem na bardziej zjadliwy :)

Advertisements