Zalane Nha Trang

Gorzej chyba być nie mogło…

W autobusie całą drogę kapała na mnie woda z nieszczelnego okna… całą noc lało! Bus jeździł po zalanych drogach, nasze bagaże, które były w luku pod siedzeniami całe mokre.  Można wykręcać… a na dodatek wszystko brudne. Nawet przewodnik Lonely Planet. Olka wkurzona… Tak już jest w podróży, no cóż. Wszystko wyprałyśmy i porozwieszałyśmy w pokoju, na ścianie, firanach, łóżkach, meblach…gdzie się dało. Wilgoć wszędzie, do 7am dnia następnego pewnie nie wyschnie… jedziemy wtedy dalej. Bynajmniej taki plan.

W pokoju jest mały telewizorek, który również służy nam za suszarkę. Włączyłam go, a tam ‘Waiting for the end” Linkin Park. Jaki wymowny tytuł! :)

Nie poddajemy się jednak :) Olki nie trzeba było długo namawiać. Kupiłam ‘teletubisie’ i wychodzimy zobaczyć, co pozostało z plaży, przez którą przeszła wczoraj ogromna fala (jak powiedzieli nam pracownicy hotelu).

Zabawne jak po drodze tłumaczyłam napotkanej babci, gdzie chcemy dojść, pokazując ruch pływania rękami, a ona zdecydowanym ruchem do mnie, że NIE! bo będziemy… przechyliła głowę na bok i zamknęła oczy, że niby trup. Haha, no tak…przyjechały 2 głupie białe baby i chcą iść pływać w morzu podczas sztormu. Ja na to, że … i znów pokazuję ruch pływania i robię duży znak X i że my tylko ‘okulary – patrzeć’. No to się uspokoiła i pokazała gdzie mamy iść :)

Morze (południowochińskie) rzeczywiście wzburzone, wczoraj musiały być ogromne fale, gdyż na plaży mnóstwo klapek, śmieci, kokosów, konarów i zabite zwierzęta (szczury i koźlątko). Zwierzęta poobdzierane prawie całe ze skóry! Jaka to musiała być siła! Nawet teraz, dzień po wydarzeniach, morze budzi ogromny respekt… szalone fale…  Ciągle leje… ‘sesja zdjęciowa’ odbywała się spod pelerynki Olki. :)

Całe Nha Trang w wodzie… a my sandały na nogach i biegamy po zalanych ulicach.

Z plaży poszłyśmy na piwo i coś do jedzenia (codzienne, odkażające żołądek piwo musi być). Trafiłyśmy na gospodę (wszystko inne pozamykane), w menu same trunki i jakieś zakąski tylko. Zamówiłyśmy sobie piwo Sajgon (niezbyt dobre), smażone tofu (nieprzyprawione, bez smaku) i zieleninkę z czosnkiem – Morning Star. Panowie z naprzeciwka, tak ok. 50 letni, już nieźle wstawieni o 13tej (!) co chwilę rzucali na nas okiem, wydukali kilka słów po angielsku, a jeden patrzył się ciągle na mnie jak wół w malowane wrota. Jak wychodzili to chcieli nas zabrać na karaoke, właśnie tam szli! Hihi, tiaa…jasne! Karaoke to ich ‘sport’ narodowy chyba, wszędzie tego pełno. Uśmiałyśmy się z nich nieźle :D

Trafiłyśmy na targ… również zalany częściowo wodą, mnóstwo śmieci i smrodek też niezły… Przeszłyśmy się wąskimi uliczkami między domostwami. Wszyscy przyjaźnie nastawieni, uśmiechali się i sami wołali, aby im zrobić zdjęcie.

Po drodze jedna Pani smażyła przy drodze banany, no więc oczywiście kto jak kto, ale my kupiłyśmy sobie po siateczce. Były przepyszne!! Generalnie wcinamy non stop, co tam serwują akurat przy ulicy :D

Kurcze, tam gdzie bieda to zawsze i inne katastrofy się znajdą…taka sprawiedliwość na tym świecie…niestety.

W drodze powrotnej skusiłyśmy się w przydrożnym kramiku na bagietkę z mięsem, jakimś pasztetem, chili i czymś tam jeszcze.. Jejciu, jaka pyszna! Za 10.000 d, palce lizać! :) Żeby tylko jutro o 7 była ta Pani ze swoją budką w tym samym miejscu…kupimy sobie po 2 szt na drogę.

W pokoju mamy lokatorkę, Gienię – jaszczurkę. Mam nadzieję, że nie będzie po nas chodziła w nocy, heh Nie chciałabym jej zjeść :)

Wieczorem nasze ciuchy są nadal mokre. Klimatyzacja i 2 wiatraki chodzą na maksymalnych obrotach od rana. Przy takim hałasie będziemy spały… w pokoju wichura, za oknem ulewa, oby tylko wszystko wyschło do rana!

Advertisements