Uwięzione w Nha Trang

5:50 pobudka. O 7:30 jedziemy dalej. Ubrania nie wyschły, a jedynie można powiedzieć, że są mniej mokre. Wszystkie rzeczy zapakowałyśmy w worki, nauczone po wydarzeniu z przyjazdu tutaj. Schodzimy na dół z plecakami, oddajemy kluczyki z pokoju, jesteśmy gotowe do drogi, a recepcjonista oznajmia nam, że autobus do Dalat został odwołany z powodu sztormów i zalanych dróg!

Zamurowało nas…

Starałam się załatwić wyjazd w inne miejsce na południe Wietnamu, ale wszystkie autobusy były pełne albo odwołane.

My wykupiłyśmy po przylocie do Wietnamu tzw. Open Tour Ticket, który umożliwia przemieszczenie się z jednego krańca kraju w drugi z kilkoma przystankami po drodze.  Po długich rozmowach i kilku telefonach, udało mi się zabukować autobus na 8pm do Sajgonu.

Naszym znajomym z Polski – Karolinie i Jerzemu z dzieciaczkami (z Krakowa) się udało – do Mui Ne autobus nie został odwołany, ale dla nas nie ma już miejsc niestety. Także do późnego wieczora utknęłyśmy w Nha Trang, Przy okazji polecam stonkę Krakowian o tematyce kulinarno-podróżniczej – wyjadacze.pl, a jak będziecie kiedyś w Krakowie, możecie zatrzymać się w ich hostelu – MundoHostel.

Tak, więc drugi dzień w Nha Trang… tylko co tu robić? W deszczu?

Zostawiłyśmy plecaki pod czujnym okiem recepcjonisty, ubrałyśmy nasze ‘teletubisie’ i w drogę! Olka na swoim deszczowym ‘płaszczyku’ miała żółte kropki, więc ochrzciłyśmy ją Lala, ja czerwone to jestem Po :D hehe, wariatki.  Humor nas nie opuszczał, ani na chwilę :)

Kierunek –> Pagoda Long Son.

Po drodze zaopatrzyłyśmy się w nowe bordowe płaszczyki przeciwdeszczowe (mocniejsze), z daszkiem. Już po chwili Olcia zaczęła przemakać na karku (dziura), a do tego jeden z guzików się oderwał. Made In China In Vietnam :D

Wstąpiłyśmy do przydrożnej jadłodajni na ciepłą herbatę i coś słodkiego. Ciężko nam było się z nimi porozumieć. Nikt ani słowa po angielsku. Pokazałam palcem imbir na obrazku, a i tak dostałyśmy zieloną i w dodatku co najmniej po 3 parzeniu. Na deser wybrałyśmy w ciemno z menu w języku wietnamskim ‘coś’ co okazało się różnokolorowymi galaretkami pociętymi w kształt rombu. Wszystkie sprowadzały się do jednego smaku – kokosu.

Naprzeciwko nas posilała się rodzinka Wietnamczyków z trójką dzieci i babcią. Dzieciaki dostały od nas smycze i ołówki, które zabrałyśmy ze sobą z Polski, a my zrobiłyśmy im kilka fotek. :)

Padało oczywiście, więc średnio zwiedzało się Pagodę, a w dodatku trzeba było najpierw wspiąć się po kilkudziesięciu schodach. U ich zwieńczenia leżał sobie Budda, a na stopach miał wyryte odwrócone swastyki!  W Azji to symbol szczęścia i pomyślności! :)

W Wietnamie nie jest takie łatwe znalezienie supermarketu takiego, jaki widujemy u nas. Bynajmniej my nie znajdowałyśmy ich na naszej trasie, choć tez nie szukałyśmy ich specjalnie. W Nha Trang natknęłyśmy się na taki, pierwszy w Azji, nie tylko w Wietnamie. Musiałyśmy wejść oczywiście i kupić kilka słodyczy do domu, m.in… żelki o smaku kukurydzy :)

Przed odjazdem, jak sobie zaplanowałyśmy, chciałyśmy się zaopatrzyć w nasze słynne bułki z mięsem i chili. Powędrowałyśmy do naszej zaprzyjaźnionej sprzedawczyni, ale budka była pusta… :( Budka stała przed domem, drzwi do domu otwarte… w środku nikogo, więc poczekałyśmy, aż babeczka przyjdzie.… Wyszła! :) Pokazałam na migi, że chciałybyśmy bułki, więc ona specjalnie dla nas zaczęła wyciągać składniki z domu i zrobiła nam 4 pycha buły! A my zrobiłyśmy sobie z nią zdjęcie :)

Reklamy