Most na rzece Kwai

                Z Bangkoku stosunkowo blisko jest do Kanchanaburi. Wystarczy wsiąść na dworcu (oddalonym od centrum o ok. 10km) w autobus nr 516 (platforma 13) i po 3h jesteśmy na miejscu. A pojechać warto, choćby dlatego, żeby odwiedzić Muzeum Kolei Tajsko-Birmańskiej, duży cmentarz zmarłych zamordowanych jeńców wojennych i niestety już replikę słynnego mostu na rzece Kwai.

Jak tylko wysiadłyśmy z autobusu w mgnieniu oka brałyśmy udział w oblężeniu dwóch białych, gdzie byłyśmy stroną broniącą się. Swoje nożno-taksówkarskie usługi oferowało kilku miejscowych, ale wybrałyśmy w ostateczności tego, który zszedł z ceny najwięcej (trochę to targowanie w stylu odchodzimy, on nas woła itd., czasu zajęło). Poszłyśmy też do centrum informacyjnego zasięgnąć wiedzy o busach w kierunku mostu, pytałyśmy miejscowych. Jedyny transport – nożne riksze. Chciałyśmy wypożyczyć rowery, ale wszystkie wypożyczalnie były w okolicach mostu, nie dworca, czyli 6 km dalej.

No nic, wzięłyśmy ‘naszego’ przewoźnika i za 100b zawiózł nas w umówione miejsca i grzecznie czekał ze swoim wehikułem. Straszny upał, on sam i 2 Europejki (ichniejsze babeczki o połowę mniejsze od nas to wozić można) W pewnym momencie już nie dawał rady, więc zadzwonił po znajomego i przesiadłyśmy się w cenie oczywiście do elektrycznej rikszy :) Z nami siedziała dość duża jak na Tajkę, żona kierowcy. Tak sobie z nim jeździła wszędzie :)

Tajlandia_Kanchanaburi207

Kolorowe autobusy na dworcu w Kanchanaburi

SAM_0571

Nasz rikszarz :)

                Most kolejowy na rzece Kwai, w ogóle niezabezpieczony, bez problemu można było spaść w dół.  Sławny, dzięki książce i nagrodzonym wieloma Oscarami filmowi Davida Leana z 1957 roku most, powstał w 1942r., jako most drewniany.  Już rok później zastąpiono go stalową konstrukcją, a po wielokrotnych amerykańskich bombardowaniach przestał być używany w 1945r. Książka napisana przez Pierre’a Boulle od razu stała się wielkim bestsellerem, a sam film jest bez dwóch zdań klasykiem wartym nie tylko obejrzenia, ale i bliższego poznania.

Most_pano

Most na Rzece Kwai

Jeśli chodzi o historię powstania mostu…

Jest on częścią tzw. Kolei Śmierci (Birmańskiej). Kolej stworzona po to, żeby zaopatrywać wojska japońskie stacjonujące w Birmie. Japończycy wymyślili, że 400km trasę zbudują w rok, kosztem czego tysiące jeńców wojennych i azjatyckich robotników było zmuszanych do niewolniczej pracy, w efekcie umierając w tragicznych warunkach z wycieńczenia i  chorób. Codziennie ginęły setki ludzi.

W 2003 roku, aby uczcić pamięć tysiąca poległych stworzono na terenie kompleksu świątynnego w Kanchanaburi muzeum jeńców JEATH (Japan, England, Australia/America, Thailand, Holland – państwa biorące udział w budowie kolei). Muzeum znajduje się w prostych bambusowych chatkach, gdzie rysunki, zdjęcia i zgromadzone pamiątki pokazują życie w obozie jenieckim.

Zmarłych alianckich żołnierzy (ok. 7tys), którzy zginęli podczas budowy Kolei Śmierci pochowano na cmentarzu wojennym – ok. 1km od centrum miasta. Cmentarz bardzo zadbany! Spoczywają tam przede wszystkim Brytyjczycy, Holendrzy i Australijczycy.  Każdy z tych ludzi, którzy zaginęli daleko od domu, gdzieś w odległych zakątkach Azji, mają tutaj swoje nagrobki z wypisanymi złotą farbą nazwiskami…

Tajlandia_Kanchanaburi279

Tajlandia_Kanchanaburi296

Tajlandia_Kanchanaburi292

Domy i jadłodajnie na rzece, zaraz przy moście

Tajlandia_Kanchanaburi290

Mieszkanka Kanchanaburi

Tajlandia_Kanchanaburi216

Obrazy w Muzeum Wojennym JEATH

Tajlandia_Kanchanaburi215

Pozostałości po wojnie… (W JEATH)

Cmentarz_Wojenny_pano

Cmentarz jeniecki

Tajlandia_Kanchanaburi264

Jeden z nagrobków

Po kilkudziesięciu minutowym chodzeniu po moście przeszłyśmy się po okolicznych straganach – w końcu trochę cienia! i zjadłyśmy obiad na ulicy – smażony makaron z wieprzowiną (20b) :) Był pycha,.. nawet mrówkę dodali gratis! :) Do tego cały kokos! Po wypiciu pycha zimnej wody, oczywiście miąższ zjadłyśmy łyżeczką :).

Zaopatrzone w prowizoryczną mapkę, wodę i aparat podążyłyśmy pieszo w stronę dworca autobusowego :) Oczywiście po drodze spokoju nie było.. ciągle ktoś chciał nas podwozić, tłumaczyli, że na dworzec to hen hen daleko i musimy jechać. Ale my miałyśmy ochotę na spacer, a dla nich każdy dystans to „daleko”. Doszłyśmy w ok. 1,5h bardzo wolnym krokiem z przystankami na zdjęcia :) Po drodze wyłudziłam jeszcze od jednego Taja kawałek lodu, przesypywał go do skrzynki z napojami. Opatuliłam go w chusteczkę i miałyśmy znakomity, choć niezbyt trwały schładzacz czoła i opuchniętych z upału dłoni.

Do odjazdu autobusu powrotnego do Bangkoku miałyśmy jeszcze 30 min, więc zrobiłyśmy małe zakupy. Kupiłyśmy rambutany i dragon fruita – pycha!! :)

Tajlandia_Kanchanaburi301

Bardzo zmęczona upałem pani na straganie ;)

Tajlandia_Kanchanaburi321

Japońska lokomotywa z czasów wojennych. Wystawa w kontenerze przy drodze.

Tajlandia_Kanchanaburi262

Cmentarz

Tajlandia_Kanchanaburi327

Podręczna stacja paliw ;)

Tajlandia_Kanchanaburi324

Mnie się to zdjęcie kojarzy z systemowa tapetą w Windowsie, hm… a Wam?

W podróży miałam towarzysza – młodziutki Tai usiadł za mną i poprosił, czy może sobie ze mną trochę porozmawiać, żeby podszkolić język… tutaj wszyscy tak robią, w Chinach tak samo – widzą bladą twarz to heja – atak, żeby pogawędzić. W sumie to nie był Taj w 100%, pochodził z wysp Bahama – opowiadał skąd jest i skąd pochodzą jego rodzice – chyba ten temat miał po prostu w języku angielskim wyszkolony , bo brzmiał jakby odpowiadał zapytany na lekcji w szkole :) Po 3h jazdy (nasz kierowca to pirat drogowy tak na marginesie (!)) dotarłyśmy na dworzec płd. Bangkoku. W Tajlandii obowiązuje ruch lewostronny i ciągle mamy wrażenie, że samochód jedzie bez kierowcy :)

Na dworcu wszyscy byli bardzo pomocni – od razu podszedł do nas Pan i zapytał, dokąd chcemy jechać i wskazał autobus nr 511 do centrum. Tylko pani kasjerka w busie z maseczką na twarzy i w lateksowych rękawiczkach  nie wzbudzała większej sympatii.

Wysiadłyśmy gdzieś w pobliżu KhaoSan Road, ale teraz w lewo czy w prawo?! Zapytałyśmy jak zwykle kogoś i bardzo uprzejmy starszy Taj poprowadził nas wprost na zatłoczoną i huczną ulicę backpackerską, przy której mieszkałyśmy :) Tak ot, po prostu, zaprowadził nas i poszedł sobie, nic nie chcąc.

Po spałaszowaniu owoców poszłyśmy jeszcze na piwo i mecz (Barcelona vs Real Saragossa). W łazience mieszkały wielkie karaluchy, którym ani się śniło, żeby uciekać przed człowiekiem. Wręcz przeciwnie, musiałam mieć je non stop na oku, bo jak nie patrzyłam to chciały atakować moje stopy! A ubikacja tyci tyci. Skubane zwierzątka ;P Nagle zrobiła się 1 w nocy więc powędrowałyśmy grzecznie spać :)

Advertisements