W podróży i pierwszy dzień na Sri Lance

Z biletem za niecałe 1600zł z przesiadką w Frankfurcie, wyruszamy na podbój Sri Lanki.

Tym razem w czwórkę: Ewa – właścicielka indyjskiej herbaciarni w Opolu, wielbicielka psów i Indii, Hubert – znajomy Ewy, zapalony podróżnik i dusza towarzystwa, Paweł – wyluzowany torunianin, dzielący się z nami każdym najmniejszym spostrzeżeniem i wyrzucający z siebie tonę słów na sekundę … i ja.

Tym razem bez Oli, która nie mogła pojechać, nad czym bardzo ubolewam.

Lotnisko we Frankfurcie to małe miasteczko, gdzie żeby przejść z Terminala 1 do Terminala 2 trzeba skorzystać z wewnętrznego pociągu. Podobnie jak w Londynie na Heathrow. Wszystko jest bardzo dobrze opisane, tak więc nie można się zgubić.

DSC_0961_m

Lotnisko we Frankfurcie

Cztery godziny relaksu na leżących krzesłach i studiowanie przewodnika i lecimy dalej. Lecimy SriLankan Airlines i wkręcamy się, że nasz samolot ma dolepione skrzydło, bo po poprzednim locie odpadło. Ślady łatania są wyraźnie widoczne na lewym skrzydle.

Na bramce na lotnisku jako jedyna z naszej czwórki zostałam dokładnie przetrzepana. Musiałam zdjąć buty, a kobieta jeździła wykrywaczem metalu nawet po stopach. Muszę chyba podejrzanie wyglądać.  W dodatku to była Polka. Zapytała skąd jestem i zaczęła  bezbłędnie po polsku nawijać. Postura i zachowanie strażniczki z Auschwitz! Kazała mi nawet pokazać ile mam pieniędzy. Pierwszy raz zostałam tak dokładnie sprawdzona. Hilfe!

W samolocie pani stewardessa w sari rozdała słuchawki i zaczynam eksplorację zawartości monitorków zamontowanych na oparciach siedzeń. Dość nie wygodnie w tych samolotach SriLankan, mało miejsca na nogi, ciasno, a pozycja fotela pasażera przede mną jest jeszcze w pozycji pionowej, a co będzie jak się położy?!

Grawitacja, Pacific Rim, Wolverine, Diana… większość już widziałam, ale obejrzę jeszcze raz Rosomaka i walczące z Godzillami potężne roboty sterowane przez ludzi… O! Nawet stare poczciwe gierki mają (reversi, memo, poker, tetris)! ;) Nudzić się na pewno nie będę.

Po 2h lotu podano obiad. Wybrałam danie wegetariańskie, które składa się z : ryżu z grillowanym pomidorem, marchewką i grzybami, surówki z warzyw, sałatki z owoców, bułeczki z masłem i herbaty. Do tego jeszcze kubeczek białego wina i soku pomarańczowego i można iść spać. Opisuję jedzenie, bo jak leciałam pierwszy raz ciekawiło mnie co serwują w samolotach, więc viola!

Lot minął dość szybko. Na Sri Lance wylądowaliśmy o 4:13 czasu lankijskiego.

Na lotnisku odbyło się bez problemów, bagaże doleciały, dolary wymienione na rupie, do autobusu trafiliśmy bez problemów i nikt nas nie oszukał ;) Cud i miód.

Tak informacyjnie: po wyjściu z lotniska trzeba się kierować w lewo, dojść do końca budynku i tam będzie stał po drzewkiem autobus 187, który zabierze was do Colombo za 130LKR. Oczywiście kto bogatszy i wygodniejszy może wziąć taksówkę. Cen taxi nie znam niestety ale innych możecie poszukać tutaj.

Colombo bardzo przypomina Indie. Zgiełk, tłok, brud. Nie zwiedzaliśmy go, za to o 7:00 już siedzieliśmy w pociągu do Anuradhapury. Bilety kupiliśmy na miejscu bez problemów za to w mega tempie, ale opłacało się bo o 10 będziemy już w starej stolicy Cejlonu.

Pociąg prawie pusty, o dziwo! Ale to ewenement, późniejsze podróże to już ścisk i tłok. Standard w Azji. Wszystkie które nas mijają są wypełnione po brzegi, ludzie stoją nawet na zewnętrznych schodkach. Samo Colombo to Indie, za to widoki zza okna bardziej przypominają mi Wietnam albo Kambodżę. Po pociągach chadzają sprzedawcy z jedzeniem i piciem, co uważam jest rewelacyjną sprawą. U nas też by tak mogło być ;) Wchodzą na jednej stacji i wychodzą na kolejnej.

Po 1h skosztowałam już wszystkiego co oferują sprzedawcy. Samosy, wade (pozlepiana smażona ciecierzyca z ostrą papryczką i cebulą) i dziwnie smakujący gorący napój, który jak masalę w Indiach noszą w wielkich aluminiowych dzbanach. Nestamalt – mega słodki. Smak kojarzy mi się z wodą po gotowaniu ryżu, z dodatkiem karmelizowanego cukru i mleka. Smaczne.

Kolejny tutejszy tradycyjny smakołyk – halape, zawinięta w duży liść i prażona na słońcu papka z kokosa, miodu i czegoś jeszcze. Brzmi lepiej niż smakuje.

Drzwi otwarte, przyjemny powiew powietrza w azjatyckim klimacie to zbawienie… żyć nie umierać ;)

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

gingerbeer

Po przybyciu na miejsce i znalezieniu lokum wybraliśmy się na spacer do miasta. Miasto jak miasto, nic ciekawego.  Dotarliśmy też do jeziorka, gdzie Paweł wlazł w błoto i umoczył w nim swoje nowe adidaski ;) Z Ewą i Pawłem wynajęliśmy rowery i pojechaliśmy zwiedzać okolice, a Hubert w tym czasie załatwiał lankijską kartę SIM. Na Sri Lance panuje ruch lewostronny i musieliśmy się przestawić z naszymi rowerkami, żeby nie wpaść pod koła jakiegoś tuk tuka, albo co gorzej ciężarówki. Rondo zaliczyliśmy pozytywnie, ale dostałam upomnienie od policjanta za przejazd rowerem po pasach ;)  W Indiach nie do pomyślenia. Cywilizowany kraj, hehe

Skosztowaliśmy też EGB, czyli produkt, którym chwali się Sri Lanka już w samolocie – piwo imbirowe (bez alkoholu). Uwielbiam imbir, ale szczerze przyznam, że ten napój jest dość średni i nie zachęcił mnie do ponownego kupna.

DSC_1007_m

Pokój mój i Ewy

DSC_1023_m

Jezioro Nuwarawewa

DSC_1013_m

Anuradhapura

DSC_1011_m

Anuradhapura

Wieczór spędziliśmy z właścicielem naszego lokum i jego kolegą, właścicielem hotelu obok. Starsi panowie, bardzo sympatyczni, otwarci i towarzyscy. Częstowaliśmy się nawzajem pysznościami z naszych krajów i opowiadaliśmy o nich. Ja częstowałam suszonymi śliwkami z Polski – zniknęły w migu oka. Panowie przynieśli świeże robione przez żonę sąsiada ziele angielskie zamarynowane w jakiejś papce, jakby dżem. Pycha! Bardzo ostre. Rozpieszczanie podniebienia nowymi smakami w Azji to to co lubię najbardziej!

Rozmawialiśmy o wojnach w naszych krajach, polityce, kulturze, religii i jedzeniu. Do tego żołądkowa gorzka z Polski, tutejsze piwo i Arak (moje receptory smakowe odebrały go podobnie jak whiskey, czyli… obrzydlistwo) i wieczór oraz pierwszy dzień na Cejlonie można zaliczyć do bardzo udanych!

DSC00038_m

Wieczór z właścicielem hostelu (z lewej, obok mnie)

Na jutro w planach zwiedzanie Starożytnego Miasta i dalsza podróż ku oceanowi!

Reklamy