Anuradhapura – starożytne miasto

Wczesna pobudka, pakowanie i od 8:30 już zwiedzamy starożytne świątynie. Pierwotny plan był taki, żeby zrobić to na rowerach ale ostatecznie wybraliśmy rikszę. Pogoda nam dopisała. Z nieba leje się żar ale od czasu do czasu wieje orzeźwiający wiaterek i daje chwile ukojenia.

Pana rikszarza ‘załatwiliśmy’ podczas wczorajszego wieczorku z właścicielem hostelu. Po promocyjnej cenie. I  jak to zazwyczaj bywa w promocji są rzeczy, z którymi coś jest nie tak. Tak też było z naszym rikszarzem. Pan przesympatyczny, ale zupełnie niekumaty, ani słowa po angielsku i sam czasem nie wiedział dokąd jedzie. Zapewne ominęło nas sporo ciekawych świątyń choć myślę, ale i tak widzieliśmy sporo, jednak czułam lekki niedosyt. Nie ominęła nas niestety opłata za wstęp do kompleksu, która jest dość wysoka, jak wszystkie wejściówki na Sri Lance. Tutaj nasz pan kierowca chciał się spisać na medal i prawie mu się udało. Przejechał obok strażników, ale nas zatrzymali kawałek dalej i skierowali do kas. Później oczywiście nie omieszkali sprawdzić, czy zakupiliśmy odpowiednie bilety, ale sprawdzili tylko jeden uznając że reszta też ma. Lipa, bo mięliśmy je faktycznie, a moglibyśmy być o ponad 65$ do przodu.

Same świątynie w porządku. Jedne ładniejsze od drugich, niektóre to same stupy bez większego uroku za to z gorącymi jak rozżarzone węgle kamieniami wokół, po których musieliśmy chodzić boso!
Bez dwóch zdań jedna z większych atrakcji wyspy, które warto zobaczyć choćby ze względów historycznych, ale na kolana nie powala. Może dlatego, że jak ktoś widział Angkor Wat na własne oczy to ciężko, żeby inne ruiny go zachwyciły.
Przy Moonstone zrobiliśmy sobie małą przerwę na roti z warzywami (smażone na blaszce naleśniki) i obczajaliśmy okoliczne małpy. Wydawały się bojowo nastawione więc nie podchodziliśmy zbyt blisko. Paweł próbował się z jedną zaprzyjaźnić i wyciągnął do niej rękę… całe szczęście, że ma szybki refleks.

Kompleks starożytnych świątyń, czyli stara część Anuradhapury to historyczna stolica syngaleskiego buddyjskiego państwa (III p.n.e. – XI n.e.), święte miasto, gdzie do dziś rośnie szczep drzewa Bodhi, pod którym ponoć podczas medytacji doznał oświecenia sam Budda.
Całość terenu, na którym znajduje się kilka świątyń buddyjskich, pałaców i wiele ruin wpisana została na listę światowego dziedzictwa kulturalnego i przyrodniczego UNESCO.

This slideshow requires JavaScript.

Po zwiedzaniu podjechaliśmy do hostelu po bagaże.
Właściciel naszego hostelu, starszy mężczyzna o srogich i wzbudzających respekt rysach przy pożegnaniu się prawie popłakał. Powiedział, że teraz znów będzie sam… Przemiły i uczynny człowiek. Rano dostaliśmy nawet herbatkę i kawę za free. Ma syna w Nowym Jorku a drugiego nie pamiętam gdzie, ale też daleko. Wzięliśmy wizytówkę i prześlemy mu zdjęcia.

DSC_1345
Rikszą podjechaliśmy na przystanek autobusowy, choć opcją było zejście na przystanek przy ulicy niedaleko. Jak dobrze, że tego nie zrobiliśmy bo nawet stopy byśmy nie włożyli do autobusu, tyle było ludzi, a tak zajęliśmy nawet miejsca siedzące :).
Miejscowym jednak nadal udaje się wchodzić i jadą z nami. Puszka sardynek na kółkach. Nie ma limitu. Człowiek na człowieku.
Siedzę obok dziewczynki ok 13 letniej, która jest bardzo onieśmielona faktem, że siedzi obok niej biała, ale z czasem nabiera odwagi i zagaduje. Na przejściu z drugiej strony stoją same tłuściutkie babeczki i przyklejają swoje lepkie ciała do mnie, a za mną facet, który co jakiś czas łapie ręką fotela i niby przypadkiem mizia mnie palcem po ramieniu. Odwracam się i spoglądam na niego spod byka,  spłoszony zaprzestaje wykonywania swojego niecnego procederu :).

DSC_1350

Nasze plecaki jadą w luku bagażowym, który pierwotnie był zamknięty na… pustą butelkę ;) Zamek zepsuty, więc żeby zawartość bagażnika nie wyleciała na wyboistej drodze podczas jazdy kierowca wsadził pustą butelkę, której górna część miała trzymać drzwi. Pomysłowe, nie powiem.

Mamy łańcuchy, więc wpadliśmy na pomysł, żeby zrobić z nich pożytek. Bez pytania wyrzuciliśmy butelkę a kierowca z Hubertem jak MacGyver zabrali się do zakładania łańcucha na klapę. Teraz nasze plecaki już na dziurach nie wypadną.

DSC_1348

Po 2h jazdy, w miejscowości, której nazwy nie pamiętam przesiedliśmy się do kolejnego autobusu. Tym razem plecaki leżą bezpiecznie z przodu obok kierowcy a my siedzimy razem na samym końcu.
Tłok znów niesamowity, trzęsie okropnie, trzeba się trzymać siedzeń a naprzeciwko nas otwarte drzwi. Widoki cudowne, mijamy mnóstwo pól ryżowych i jeziorek. Szkoda, że nie mogę wyjść na moment i uwiecznić tego cudnego krajobrazu.

DSC_1358 DSC_1359

Po kolejnych 2h dotarliśmy w końcu do Trincomalee, było już zupełnie ciemno (19:30). Tuk tuk znalazł nas sam i pojechaliśmy do miejscowości obok – Uppuveli do hostelu, który wybraliśmy z Lonely Planet.
Niestety na miejscu okazało się, że brakuje wolnego pokoju, chociaż Hubert 20min wcześniej rozmawiał z gościem przez telefon i pokój miał na nas czekać. No cóż… zawinęliśmy się więc w 4 z bagażami do jednego tuk tuka!… To była przerażająca jazda! Na zakrętach koła naszego pojazdu z jednej strony wisiały wręcz w powietrzu, a ja kierowana instynktem przetrwania wystawiałam nogę na zewnątrz, żeby uchronić samochodzik przed przewrotką … gdyby to coś miało dać.
Udało się, dojechaliśmy do Aqua Inn i zaczynamy 2 dni słodkiego lenistwa nad przepięknym i ciepłym Oceanem Indyjskim :))

Advertisements