Przyjaźń w Uppuveli

Z Ewką wstałyśmy już o 8 i poszłyśmy na plażę. Plaża śliczna – biały piasek i cudowna ciepła woda. Niestety na plaży i w wodzie pełno plam z ropy. Jak się wdepnie to koniec, ciężko się tego pozbyć z nóg, a co dopiero z ubrań. I tak cale ubrudzone w ropie weszłyśmy do knajpki (Golden Beach Cottages) na plaży w poszukiwaniu rozpuszczalnika. Siedząc i czekając na zamówiony makaron i lassi na śniadanie prowadziłyśmy walkę z ropą. Udało się.

W osobnej miseczce dostałyśmy jakąś pastę, która wypalała podniebienie. Zaciekawione jej składem zapytałyśmy właściciela Kriszny. Okazało się, że w paście oprócz chili jest surowa ryba i liście curry. Wyjątkowy smak liści sprawił, że chciałam wiedzieć o nich więcej i tak oto zaczęła się nasza przyjaźń z Kriszną – właścicielem kilku hoteli, bezinteresownym, pomocnym i przesympatycznym gościem.

Panorama1

Panorama3







Pokaz slajdów wymaga JavaScript.


Pojechałyśmy z Kriszną, zgarniając po drodze chłopaków, do jego domu, gdzie w ogrodzie rosło całe drzewko curry.

Odwiedziliśmy też świątynię hinduistyczną, do której akurat schodzili się ludzie, żeby uczestniczyć w nabożeństwie. Tam zaczepił nas 81 letni opiekun świątyni i opowiedział jej historię.

Byliśmy również na Brytyjskim Cmentarzu Wojennym, gdzie pochowani są żołnierze II w. światowej. Przeważają 19-24 latkowie, w większości Anglicy, ale również Francuzi. Jest jednym z sześciu cmentarzy brytyjskich na Sri Lance.

Człowiek, który opiekuje się cmentarzem z dziada pradziada pokazał nam stare dokumenty i fotografie z odwiedzin Księżnej Anny wiele lat temu. Przepełniony entuzjazmem miał wiele szacunku dla roli jaką wykonuje i był bardzo z niej dumny.

Już sami we czwórkę udaliśmy się rikszą do Trincomalee, żeby zobaczyć Fort Frederick, po którego terenie wolno biegają dzikie daniele. Faktycznie, biegają kilka metrów od ludzi i się nie boją. Fort wybudowali w 1624 r kolonizatorzy portugalscy. Później Fort zniszczono, a w 1665 r odbudowali go Holendrzy.

W międzyczasie zrobiło się ciemno, zaczęło mocno wiać a z nieba runął deszcz. Schowaliśmy się pod daszkiem należącym do przyulicznego sklepiku i obserwowaliśmy dzieciaki wracające ze Świątyni, do której również zmierzaliśmy. Uśmiechnięte od ucha do ucha przepełnione euforią biegły w deszczu w swoich szkolnych mundurkach do domów ;)

Padało z małymi przerwami ale dotarliśmy do Świątyni Koneswaram, którą już zamykano. W środku również było pełno wody, która wpadła przez przeciekający dach. Oczywiście, żeby wejść należy zdjąć obuwie.

Dokładna data jej wzniesienia nie jest znana, ale szacuje się ją na ok VI w p.n.e. Stanowi bardzo ważne miejsce dla mieszkańców Sri Lanki. Ludzie pielgrzymują do niej z całego kraju. My oglądaliśmy ją w ciemnościach i w deszczu, więc większego na nas wrażenia nie zrobiła, za to poświęcenie, żeby do niej dotrzeć było wielkie ;)

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Cali przemoczeni z pustymi brzuchami wróciliśmy tuk tukiem do hotelu Kriszny coś zjeść. On od razu dał nam koce i zaczął się pełen rozmów i śmiechu wieczór przy piwku Lion. Dołączył do nas jeszcze jego przyjaciel – właściciel hotelu Silver Beach Hotel, oraz para sympatycznych Niemców. Kobieta udziela się społecznie, pomaga okolicznym domom dziecka. Ja również przywiozłam całą siatkę ubrań, długopisów, ołówków i czapeczek dla dzieciaków i przekazałam ją Krisznie. Nie ukrywał swojego wzruszenia i zaproponował nam darmowy nocleg w swoim hotelu. Rozmawialiśmy do 1am nie odczuwając upływu czasu. Kriszna po kilku piwach był już bardzo wesoły ale nie przeszkadzało mu to w wejściu do jego ekskluzywnego autka i pojechaniu do domu ;) Jak się zna wszystkich policjantów w okolicy to można ;)

Chłopaków w pokoju jeszcze przed pójściem spać zaatakował ogromny karaluch i stoczyli z nim walkę na śmierć i życie! Na szczęście to oni wygrali ;0

DSC_1573_m

Kolejnego dnia o poranku zebraliśmy się, żeby przedyskutować temat pozostania jednego dnia dłużej i skorzystania z zaproszenia Kriszny. W międzyczasie Hubert rysuje nasze podobizny na karteczkach, ja przypominam trochę Kayah. Jesteśmy z Ewką pełne podziwu dla zdolności artystycznych Huberta, heh  Z wielkim bólem doszliśmy jednak do wniosku, że mamy mało czasu więc jedziemy dzisiaj dalej.

Po śniadaniu zostawiliśmy nasze bagaże w jednym z hoteli Kriszny i pojechaliśmy razem z nim i jego przyjacielem do okolicznych gorących źródeł, gdzie przychodzą miejscowi i oblewają się wodą z czterech studni. W każdej ze studni jest woda o innej temperaturze. Wesołe miejsce :)

Potem wybraliśmy się na lagunę w poszukiwaniu dzikich zwierząt, m.in. słoni i krokodyli, które przybywają nad rzekę pić wodę. Niestety były tylko dzikie ptaki i ale za to śliczna przyroda :) Szliśmy dość spory kawałek po podtopionych łąkach a kolega Kriszny pokazywał nam miejsca gdzie mieszkają węże i inne stwory. Ewa z Hubertem zostali na początku trasy. W sumie zwierzaków i tak nie było, więc nie stracili wiele.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Podjechaliśmy po bagaże i posiedzieliśmy jeszcze chwilę rozmawiając o niedawnych wydarzeniach na północy Sri Lanki. Kriszna pokazał nam filmik z wojny domowej pomiędzy Tamilami a Syngalezami. Stracił na wojnie 4 braci. Zostali zabici przez Syngalezów. Wojna rozpoczęła się dlatego, ponieważ Tamilowie byli pomijani we wszystkich ważnych funkcjach państwa. Nie byli dopuszczani do rządu, policji, tylko w kilku % przyjmowani do szkół. Chcieli niepodległości. Cztery lata temu prezydent obiecał Tamilon opiekę i równość, ale co z tego jak 18% ich populacji została wybita. Do tej pory na ulicach na północy Sri Lanki jest pełno żołnierzy.

Pożegnaliśmy się z naszymi nowymi przyjaciółmi i podążyliśmy naszym dalszym szlakiem do miejsca zwanego Sigiriya.

DSC_1723_m

Dworzec w Trincomalee ;)

 

Reklamy