Nowe znajomości, wizyta u lekarza i pierwsze piękno herbacianych plantacji

Przewidując już różne przeciwności losu wyjechaliśmy wcześniej  tuk tukiem w kierunku dworca, żeby dotrzeć  na nasz pociąg (8:47). I całe szczęście, bo nasz (mój i Ewy) tuk tuk był zepsuty i co chwilę gasł, a mięliśmy do przejechania spory kawałek. Udało się.

W pociągu skosztowaliśmy nowego napoju, kawo-herbaty i dziwnej kulki, która nie smakowała zbyt dobrze. Jakby wymieszana ziemia z ryżem i cukrem. Lubię eksperymentować ale moje smaki to nie były. Kulkę dostał Paweł od dziewczyn, które zafascynowane białym chłopakiem z Polski siedziały z nim  przy drzwiach wejściowych i zagadywały go prawie całą podróż.

DSC_2508 kopia

Naprzeciw nas siedziała para Słoweniec (nauczyciel surfingu) i Włoszka oraz panowie ze Sri Lanki. Jeden z nich, głuchoniemy Don, ciągle pisał coś na kartce i nam pokazywał, polecał plaże na Sri Lance i inne miejsca godne odwiedzenia.  Był bardzo przyjacielski i pomocny. Jak rozmawiał (migał) z żoną przez telefon, my musieliśmy też do niej machać ;) Od razu zrobił sobie ze mną zdjęcie i kazał się znaleźć na facebooku ;) No tak, wciąż na Cejlonie Biały to wydarzenie :)

DSC_2388 kopia

Znaczną część trasy z Ewą wystawiałyśmy swoje lufy aparatów na zewnątrz i robiłyśmy zdjęcia. Krajobrazy niesamowite! Pola herbaciane, zielone wzgórza, osady, drzewa, kwiaty…. przepięknie.

Żyć nie umierać… można tak jechać i podziwiać wieczność.

Zdecydowanie polecam taką podróż pociągiem z Kandy do Nuwary. Must see na Sri Lance.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Jak wspominałam w poprzednim poście pociąg zawiezie nas do Nanuoya skąd musimy busem dojechać do Nuwara Eliya. Nam się udało zdobyć od razu wspaniałych kompanów podróży busem, z którymi nasza dalsza trasa po Cejlonie się już często przeplatała. Emanująca szczęściem para z Warszawy, Karina (pani psycholog) i Rafał (właściciel pralni chemicznej) oraz pozytywnie zakręcona Chinka Sabrina z Szanghaju.

Kierowca busu podwiózł nas pod guesthouse Prinsess w stylu kolonialnym z kominkami w pokojach (dawny budynek należący do rządu brytyjskiego). Okazał się być na naszą kieszeń tak więc nie szukaliśmy już dalej. Jedynie Sabrina zakwaterowała się w innym hotelu nieco wyżej i miała widok na pola herbaciane i miasteczko. To nasz najładniejszy nocleg na wyspie. Chyba niezbyt popularny w Nuwarze, bo jak się okazało później niektórzy kierowcy mieli problemy z dotarciem do niego.

Zjedliśmy na mieście. Pierwszy raz jadłam jack fruita, w wersji na ostro.

Ewę dwa dni wcześniej w Dambulli coś ugryzło w przedramię. Tworzył jej się coraz większy rumień wokół ukąszenia i swędział niesamowicie. Oddzieliłyśmy się od grupy i poszłyśmy do lekarza, żeby zobaczył co i jak. U lekarza jak we wczesnym PRL, wysoka lada, kraty, małe okienko, przez które lekarz podał receptę do pań wydających leki i tabletki na sztuki, co akurat jest fajne.

Kolejki nie było, ludzi też prawie wcale. Pan doktor zobaczył rękę z każdej strony, wypisał receptę i już. Cała ta przyjemność kosztowała 650RS (+ lekarstwa ok 200RS) i trwała może 5 min.

DSC_2572 kopia

Powędrowałyśmy na pobliski targ, gdzie odkryłyśmy fantastyczne ręcznie robione z farbowanych rajstop i sprzedawane przez starszego pana zaparzacze do herbaty. Wykupiłyśmy wszystkie jakie miał i pan mógł iść już do domu robić kolejne :) Szłyśmy pomału zajadając się gorąca cieciorką na miejsce spotkania z resztą grupy wstępując po drodze do okolicznych sklepików i obmyślałyśmy plan w jaki wkręcimy resztę. Brzmiał on tak: Wg diagnozy pana doktora Ewę ugryzło jakieś paskudztwo, które złożyło jaja pod jej skórą. Dzięki tabletkom i maści mają zostać unicestwione ale i tak bardzo możliwe, ze później będzie musiała przejść zabieg ich wyciągania w lokalnym szpitalu.  Miny były różne kiedy z powagą przekazywałyśmy tą informację, ale nie mogłyśmy trzymać wszystkich w takim przekonaniu wiec szybko się wydało. :)

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Będąc w mieście załatwiliśmy sobie też kierowcę z busikiem na jutrzejszy dzień wojaży po plantacjach i wypad do Horton Plains. Za całość wycieczki na nas wszystkich, czyli 7 osób zapłaciliśmy 8tys. To był nasz kolejny kierowca z którym się dogadywaliśmy, poprzedni kierowca oferował po 1500RS za głowę za Horton i 700RS za plantacje, czyli w sumie dwa razy tyle. Był bardzo niezadowolony, że zrezygnowaliśmy z jego usług na rzecz innego, na tyle, że przyjechał do naszego hotelu.

Pobudka o 4 tak więc kładziemy się wszyscy w miarę wcześnie spać… oprócz Pawła, który pojechał do miasta i przy piwie poznawał lokalną społeczność nie mogąc trafić nad ranem do hotelu bo kierowcy nie wiedzieli gdzie się hotel znajduje. Obudził tym samym wszystkich mieszkańców Princess dzwoniąc co chwilę… ale co przygoda to przygoda :) Na wycieczce ‚drugiego dnia’  był o dziwo w zaskakującej formie.

Co przytrafiło mu się w mieście? Może kiedyś sam dopisze :)

DSC_2635 kopia

Reklamy