Błogie lenistwo w Tangalle

Po śniadaniu składającym się z rotti z bananem i curdu (joghurt z mleka bawolego) wsiadamy w bezpośredni autobus do Tangalle (4h). DSC_3341 kopia

Połowę trasy czułam się dość nieswojo, a to z powodu pana o wizerunku psychopatycznego mordercy, który odwrócił się w moją stronę i wpatrzony we mnie jak w obrazek rzucał co chwilę obleśne cmoknięcia i uśmieszki. Przesiąść się nie ma gdzie, nawet wstać i stanąć gdzieś dalej, bo ciasno, ludzi pełno. Założyłam okulary, przysłoniłam chustą głowę i twarz, ale pan się nie poddawał. W tym momencie pomyślałam o islamskich kobietach, które noszą burki i powodach dla których to robią. Dość nieprzyjemne, muszę przyznać. W końcu podszedł do niego bileter, kopnął go i powiedział coś po ichniemu i od tej pory miałam spokój. Na następnym przystanku pan wysiadł.

W Tangalle znaleźliśmy pokój (domek) w oddalonym ponad 1km od centrum miejscu. Praktycznie przy oceanie. Wystarczyło przejść przez mało ruchliwą uliczkę, by móc leżeć na hamaku pod palmą i słuchać szumu oceanu, co praktykowaliśmy dość często. Ludzi w tym rejonie bardzo mało, zwłaszcza białych.

Więcej o noclegu w „Jak spaliśmy”.

DSC_3354 kopia

DSC_3420 kopia

DSC_3492 kopia

DSC_3503

DSC_3409 kopia

DSC_3516 kopia

DSC_3411 kopia

Okazało się, że nasi kompani podróży z Nuwara Eliya (Rafał i Karina) też byli w Tangalle, więc umówiliśmy się na wspólną wycieczkę do parku Yala. Sabrinę (Chinkę) spotkaliśmy jak jeździła na rowerze z koleżanką z RPA i umówiliśmy się na wieczorne piwo na plaży.

Miejsce bardzo spokojne i szczerze mogę powiedzieć, że chyba najpiękniejsze jeśli chodzi o listę odwiedzonych przez nas miejscowości na wybrzeżu Sri Lanki.

W naszym hotelu mięliśmy przesympatycznego „zarządcę” – 22-letniego chłopaka z dredami o imieniu Karun, który z kolegami hodował marychę i sam wyglądał jakby permanentnie był pod jej wpływem. Przemiły, uczynny ale też bardzo absorbujący. Jego ojciec zginął w tsunami, był rybakiem. Matka jest pielęgniarką a on sam para się jeszcze wydobywaniem półszlachetnych kamieni i chce założyć sklep. Ambitny chłopak. Spędzał z nami czas jak tylko mógł, pojechał nawet do parku Yala.

DSC_3384 kopia

Karun, Ewa i Hubert przed naszym domkiem

Następny dzień upłynął pod znakiem błogiego lenistwa.

Do południa mała przepierka ubrudzonych ubrań a potem hamak, spacer do centrum po bułki i znów hamak :) Ewce nie chciał się ładować telefon, więc na mieście zahaczyliśmy o punkt naprawy. Przyjemność ta kosztowała ją 550RS. Odwiedziliśmy też targ, bo jakżeby inaczej – jedno z moich ulubionych miejsc w Azji…targi! Gama kolorów, zapachów, ludzi! Tutaj również -od warzyw, owoców i przypraw do mydeł i kadzideł włącznie. Czego dusza zapragnie. Wszytko pachnące, świeżutkie i tanie jak barszcz.

DSC_3467 kopia

DSC_3468 kopia

Liście betelu

DSC_3480 kopia

Liście curry

DSC_3441 kopia

DSC_3450 kopia

DSC_3454 kopia

DSC_3459 kopia

Cynamon wśród cebuli, niezłe połączenie zapachów

DSC_3461 kopia

DSC_3564 kopia

DSC_3434 kopia

Wracając z centrum zauważyliśmy przy rzece dwa wielkie jaszczury – warany! Samica była ciężarna i wylegiwała się na słońcu w wodzie. Ich ugryzienie jest śmiertelne, także obserwowaliśmy je z bezpiecznej odległości, z mostu.

DSC_3429 kopia

DSC_3425 kopia

Wieczorkiem zaliczyliśmy rewelacyjne krewetki! Najlepsze jakie jadłam w ogóle kiedykolwiek. Bardzo ostre. Po ich zjedzeniu usta miałam jak Angelina Jolie, ale nie mogliśmy się im oprzeć i jedliśmy je codziennie. Jeśli ktoś się wybiera do Tangalle i miałby ochotę ich skosztować to nazwę knajpki i ceny znajdziecie tutaj.

DSC_3369 kopia

Mięliśmy tutaj swoją zasłużoną chwilę relaksu, aż żal wyjeżdżać ;) Ale zanim sobie pojedziemy dalej, najpierw odwiedzimy Park Yala.

Reklamy