Mirissa i Matara

Wczesnym rankiem łapiemy autobus z Tangalle do Mirissy, pakujemy z przodu nasze plecaki, sami zajmujemy wolne miejsca pośrodku i ruszamy ku dalszej przygodzie :)

Po wyprzedzeniu przez nasz autobus kilku słoni w mijanych wioskach, i kilkugodzinnego podziwiania wybrzeża, wzdłuż którego między innymi przebiegała trasa dojechaliśmy do Mirissy! Miała to być cudna plaża, najładniejsza na Sri Lance i sami chcieliśmy się o tym przekonać.

Plaża ładna, ale nie powala na kolana. Miejscowość dosyć turystyczna a spokoju, którego w Tangalle mięliśmy sporo, tutaj nie znajdziemy na pewno. Do późnych godzin nocnych po wybrzeżu rozbrzmiewa muzyka z rozsianych jak grzyby po deszczu knajpek. Jak ktoś lubi spokojne noce, proponuję zabrać stopery do uszu.

Pokój znaleźliśmy po dłuższych poszukiwaniach w Hotelu Nissan. Hotel z restauracją w stylu reagge położony na plaży. Koszt pokoju 3os to 3000 rupii za dobę po negocjacjach. Jak wyglądał pokój możecie zobaczyć tutaj.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Jeśli chodzi o jedzenie… w Nissan’ie było bardzo dobre, ale dość drogie. My oraz inni backpakerzy chodziliśmy zazwyczaj jeść do małej knajpki po drugiej stronie ulicy. Było taniej, ale jakość jedzenia znacznie gorsza. Pani, chyba właścicielka, nie potrafiła nawet zaparzyć herbaty :) Zupa była zjadliwa więc często gościła na naszym stole.

Hubert, zrobił nam ogromną niespodziankę! Wręczył kwiatki i zafundował masaż ajurwedyczny pleców i nóg. Masaż z użyciem olejku wykonywany przez kwalifikowane kobiety. Przyjemny i rozluźniający. Polecam jeśli dużo chodzicie i nosicie ciężkie plecaki w podróży. A jakaż to okazja? Dzień Kobiet :)

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Do Mirissy dojechali nieco później Karina i Rafał i wieczorem wspólnie biesiadowaliśmy przy piwku. Na stole były kraby, gigantyczne krewetki i red snapper (czerwona ryba), u nas ponoć znana jako lucjan czerwony. Ja ze względu na moje kokosowe wojny musiałam obejść się smakiem. Pamiętajcie, nie zjadajcie całego kokosa na raz! Żołądek buntował się przez 2 dni, nie jadłam nic innego jak tylko suche bułki i wodę.

Hubert nas już niestety opuszcza i wraca wcześniej do kraju, więc kolejnego dnia rano wybraliśmy się autobusem do Matary (duże miasto handlowe) na dworzec kolejowy zorientować się w rozkładzie jazdy i przy okazji odwiedziliśmy położoną na wysepce Parey Duwa buddyjską Świątynię. Nazywana także najnormalniej Kamieniem w wodzie. Prowadzi do niej z plaży ładny wąski mostek. Obok mostu zaczepił nas starszy pan, nauczyciel surfingu i podyskutowaliśmy chwilkę.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

W Mirissie, po obiedzie czas na leżakowanie na słońcu. W końcu trzeba raz czy dwa poleżeć na plaży skoro się przyjechało nad ocean, no nie ? ;)

Wieczorkiem spacer wzdłuż plaży i obserwowanie surfingowców jak walczą z wielkimi falami. Niektórym udawało się to nawet dość dobrze. Mirissa to świetne miejsce dla tego typu sportów.

Przed spaniem spałaszowaliśmy jeszcze pyszne świeże ogromne krewety z grilla w towarzystwie warzyw i  można zakończyć ten dość leniwy w naszym wykonaniu dzień.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Reklamy