Fort w Galle

Karina z Rafałem pożegnali się z nami z samego rana, wracają do Polski, a my z Ewą wybieramy się dalej, do Unawatuny. Najpierw na śniadanie w Samagi Food Corner naprzeciw ulicy. Jedzenie nie jest pyszne, ale na pewno tańsze niż w hotelach przy plaży, tak więc globtroterzy stołują się tutaj.

Kolejny raz spotkałyśmy surfingowców Słoweńca i Włoszkę, których poznaliśmy w pociągu. Jutro już lecą do domu. Bardzo pozytywni ludzie, zwłaszcza Upepo Hausimami – inicjator ruchu szerzącego uśmiech na całym świecie :). Więcej na jego fanpage’u i stronce SmileyLemon!

Łapiemy autobus i ruszamy do Unawatuny po drodze zachwycając się cudnymi widokami wybrzeża oceanu indyjskiego. Koniecznie musimy się tutaj wybrać i zrobić zdjęcia panom łowiącym ryby na palach. Malowniczy widok.

Po kilkunastu minutach docieramy na miejsce i szukamy noclegu. Znajdujemy pokój w Sunny Beach, dość obskurny, ale najtańszy z tych które odwiedziłyśmy (2 tys RS za noc). W ścianach ozdobne dziurki i zapewne w nocy będą przez nie do nas wchodzili niechciani goście…wrrrr… już jednego znalazłam, na szczęście był niewielkich rozmiarów.

Prysznic i w dalsza drogę. Po co leżeć na plaży jak można pozwiedzać okolicę.

Autobusem jedziemy do Galle zobaczyć Fort, który w XVI zbudowali Portugalczycy, a po nich w 1663 poprawili Holendrzy. Miasto składa się z dwóch części: zabytkowego fortu wysuniętego w morze i nowszej części miasta, znajdującej się na stałym lądzie. Jest największą stojącą do dziś fortecą w południowo-wschodniej Azji wybudowaną przez Europejczyków.

Dworzec kolejowy w Galle jest zaraz obok autobusowego a oba znajdują się o rzut kamieniem od boiska do gry w krykieta. Krykiet to bardzo popularny sport na Cejlonie. Zabawiłyśmy tam chwilę obserwując jak panowie dzielnie zdobywają punkty dla swoich drużyn.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Do Fortu nie ma wejściówki, można sobie po nim swobodnie chodzić. Wokół niego stoją panowie, którzy oferują swoje usługi w oprowadzaniu po obiekcie. Zaczepił nas jeden, który zaoferował się za darmo, mówiąc, że po prostu lubi pomagać ludziom. Porozmawiałyśmy z nim chwilę.

W Forcie natknęłyśmy się na hordę dzieciaków, które zrobiły nam małe oblężenie. „O patrz Biała!” i już nie mogłyśmy wyjść z kółeczka :) Byłyśmy chyba dla nich większą atrakcją niż starodawne mury.

Idąc z Fortu w kierunku centrum przeszłyśmy przez uliczki, w których przez chwilę zapomniałyśmy, że jesteśmy w Azji. Wąskie uliczki i domki jakby przeniesione z europejskich kurortów, gdzie bogaci turyści spędzali swój cenny czas ‘poznając kulturę Sri Lanki’ zajadając się drogimi lodami w drogich kafejkach … Zupełnie nie rozumiem, po co przyjeżdżać do kraju, i mieszkać w takim miejscu, fikcyjnym, sztucznie utworzonym, niezgodnym z tym co oferuje Sri Lanka. Po co w ogóle jeździć do Azji i spać w luksusowych hotelach z basenami i poruszać się drogimi środkami lokomocji i nie poznać prawdziwego oblicza kraju? Lepiej wtedy jechać do europejskich kurortów.

Wędrowałyśmy główną ulicą w poszukiwaniu jedzenia i dotarłyśmy do centrum, gdzie tętniło życie a mieszkańcy sprzedawali swoje wyroby i owoce swojej pracy. Jakiś pan zaprowadził nas do ‘fajnej’ knajpki, gdzie wypiłam Nestamalt – ichniejszy goracy napój wzmacniający z Nestle (dostępny chyba tylko na wyspie).

Wędrując po wybrzeżu mijałyśmy mnóstwo straganów z rybami. Rybacy sami nas wołali, żeby zrobić im zdjęcie! Po drodze zjadłyśmy jeszcze potrawkę z jajek i sosu pomidorowo-czosnkowego
i wróciłyśmy do Unawatuny.

Reklamy