Rybacy na palach

Całą noc nie mogłyśmy spać. Gryzły nas komary. Raid nie działał, może dlatego, że w gniazdkach nie było prądu!? Za ścianą nieustannie szczekał pies, wiatrak buczał wniebogłosy aż w końcu padł. Nie wyspałyśmy się w ogóle, dlatego wcześnie rano spakowałyśmy się i poszłyśmy poszukać innego lokum w dobrej cenie. Znalazłyśmy – Surfcity, pokój wytargowany do ceny, którą zapłaciłyśmy za poprzedni, czyli jak na tutejsze warunki nie dużo (2000 R/2os).

Zostawiłyśmy rzeczy w pokoju, poszłyśmy do knajpki posilić się zupą dyniową i wybrałyśmy się na samodzielną objazdówkę lokalnymi autobusami po okolicznych miejscowościach.

Najpierw pojechałyśmy do Aghangamy zobaczyć rybaków łowiących ryby siedząc na wbitych w brzeg palach. Było ich kilku ale odniosłam wrażenie i pewnie słuszne, że siedzą tam tylko aby pozować przyjezdnym do zdjęć, żaden nawet nie próbował nic złowić tylko szczerzyli zęby a potem żądali pieniędzy. Powiedziałyśmy, że z nami też sobie tubylcy robią zdjęcia, a my od nich pieniędzy nie bierzemy więc nic im nie damy.  Przeraża mnie to co turystyka zrobiła z ludźmi nie tylko w Azji ale też na innych kontynentach. Nic już nie jest naturalne, na wszystkim człowiek chce się dorobić tworząc przedstawienia i żywe skanseny dla wędrowców zachodzących dany region świata, miasto, wioskę itd.

Poszłyśmy kawałek dalej by dotrzeć na piękną szeroką plażę, na której byłyśmy jedynymi osobami. Spędziłyśmy na niej jakiś czas walcząc z falami i smażąc pupy na cudnym słońcu.

Po dozie lenistwa pojechałyśmy dalej, do Weligamy. Tam przechadzałyśmy się pięknym wybrzeżem z setkami różnokolorowych łodzi. Przechodziłyśmy też obok knajpki, w której odbywało się wesele, więc oczywiście poobserwowałyśmy ich chwilkę zza ulicy. Na pewno to nie było weselicho w naszym guście. Panowie tańczyli w parach do lankijskiego disco polo.

 

 

Trafiłyśmy też na targ rybny. Mężczyźni licytowali na podłodze świeżo złowione ryby. Stali w grupkach i podbijali ceny, przekrzykując się nawzajem.

Po 17 tej wróciłyśmy już do pokoju. Słoneczko na opustoszałej plaży dało nam troszkę popalić bo żadna nie zabrała ze sobą kremu – opalanie nie wchodziło w plan dnia, ale z takiej odludnej plaży żal było przecież nie skorzystać.

Bardzo fajny dzień. Zakończyłyśmy go spacerkiem po okolicznych sklepikach – trzeba kupić znajomym i rodzinie pamiątki. Tym razem nic nie kupiłam, strasznie tu drogo. Sprzedawcy myślą, że jesteśmy bogatymi Rosjankami albo Niemkami i mamy portfele wypchane dolarami i euro, a nam się już nie chce tłumaczyć każdemu z osobna, że my z bidnej Polski tylko.

Podsumowując Unawatuna nie jest ciekawa, nic tu nie ma, plaża jest pospolita, bardzo drogo, same cwaniaki… odradzam przyjazd w to miejsce. Okolice za to są piękne, także warto przejeżdżając tędy zatrzymać się na kilka chwil w Aghangamie czy Waligamie i odnaleźć spokój.

Reklamy