Pożegnanie Sri Lanki i noc na lotnisku

Wstajemy po 6, pakujemy plecaki już n-ty raz i ruszamy do Galle, skąd autobusem jedziemy do Colombo.

W Galle wchodzimy jeszcze do knajpki na bułkę i herbatę z cukrem i mlekiem (Na Sri Lance smakuje jak pomieszanie herbaty z kawą). Kupujemy też lokalną gazetę na drogę. Przed odjazdem autobusu do środka wchodzi pan z świecącymi kartami z Buddą i zaczyna wróżyć pasażerom. Szkoda, że nie rozumiemy co mówi. Po nim wchodzi pan z mandarynkami, pan zbierający jałmużnę i pan z losami na loterię – to bardzo popularny ‘sport’ tutaj! Kiedy już wszyscy odwiedzili nasz autobus, ruszamy!

Po dotarciu do Colombo przesiadamy się do autobusu do Negombo, by tam zakończyć naszą włóczęgę po Cejlonie. Prawdziwy hardcore! Z samego dworca w stolicy Sri Lanki wyjeżdżaliśmy ponad 25 min! Kierowca jedzie jak szalony a ja połowę trasy stoję bo miejsca brak. Kurczowo trzymam się poręczy, żeby nie wylądować na którymś z pasażerów albo nie wylecieć przez otwarte w autobusie drzwi.

W Negombo łapiemy tuk tuka i jedziemy do hostelu znalezionego w przewodniku AMAYA położonym zaraz przy oceanie. Tutaj dołącza do nas Paweł, który został w Nuwara Eliya.

Przy naszej ulicy znajduje się sporo kramików z pamiątkami i w nich robimy ostatnie zakupy podarunkowe. Z jedzeniem gorzej więc rice&curry pałaszujemy za 200RS w centrum u bardzo miłych ludzi. W centrum od razu robimy zakupy w supermarkecie i wychodzimy z siatkami pełnymi zakupów (arak, mąka kokosowa, olej kokosowy, papadam i inne miejscowe pyszności).

W drodze powrotnej trafiamy na niezbyt kumatego pana z tuk tukiem i zamiast do kantoru wiezie nas pod hostel. Trzy razy tłumaczyliśmy, twierdził, że wszystko rozumie, a jednak nie bardzo ;) Wróciliśmy do centrum. Biedny był bardzo zasmucony, że nas zawiódł, ale był tak sympatyczny, że dajemy mu za jeżdżenie w kółko ciut więcej :)

Po drodze wysiadamy jeszcze z tuk tuka, żeby poobserwować mszę w kościele chrześcijańskim.  Wygląda zupełnie inaczej niż u nas. Ludzi jest tak dużo, że stoją wszyscy na dworze, śpiewają
i klaszczą, dłonie trzymają w górze… super radosna atmosfera, nie smutek i powaga jak u nas ;)

Wieczorem rozmawiam z tubylcem i dowiaduję się, że 90% mieszkańców Negombo to Chrześcijanie.

W naszym hostelu mieszka jeszcze inny podróżnik- pan po 50tce, Joachim z Niemiec. Przed snem dyskutujemy chwilę o życiu ;)

Kolejnego dnia rano przed 7 wybieramy się na plażę pożegnać ocean i pakujemy się do powrotu. Wszystko trzeba z głowa poupychać w plecakach, żeby podczas transportu nic się nie uszkodziło.

Wczoraj załatwialiśmy dużego tuk tuka, który podjeżdża pod nas i zawozi na lotnisko.

O 13 lecimy do Londynu. Lot był bardzo niespokojny, samolot co chwilę wznosił się i opadał. Ponoć piloci tak robią, jak pasażerowie za bardzo wędrują po pokładzie, w co akurat wątpię ;) Trzy filmy na ‘oparciowych’ monitorkach już zaliczone a dopiero połowa trasy. Wyjątkowo mi się ten lot dłużył.

Z Londynu lecimy do Warszawy… ale zanim to nastąpi, musimy spędzić cała noc na lotnisku w Heathrow.

O 19:30 wylądowaliśmy na Heathrow – ogromne lotnisko. Z terminala 4 na 3 jedziemy kilka minut metrem (Heathrow express – za free). Szukamy miejsca na noc na Terminalu 3, ale Anglicy się widać przygotowali na nocujących podróżnych – wszystkie ławeczki z przegródkami i nie da się na nich położyć. Żałując kasy na wynajmowanie pokoi rozkładamy więc gazety i bluzy na ziemi i razem z młodziutkim Chińczykiem śpimy jak żule na ziemi ;) Zupełnie nam to nie przeszkadza.

Rano o 8 wylatujemy do Warszawy i bezpiecznie lądujemy w naszej szarej stolicy.

Nie ma to jak w domu …a w domu czekały na mnie kwiaty i inne dobroci ;)

Reklamy