Ranakpur – marmurowa świątynia i podróż autobusem w Indiach

Zachęcone opinią w przewodniku Lonely Planet wybieramy się dziś do marmurowej świątyni w miejscowości Ranakpur.

Czuję się gorzej, bo do kaszlu i gorączki doszedł ból brzucha. Połowę nocy nie spałyśmy. Oprócz standardowych hałasów, o których pisałam w poprzednim poście doszedł hałas z małej świątyni pod naszym oknem, w której wierni odprawiają głośne modły waląc przy tym niemiłosiernie w bębenek. Do tego małpy krzyczące i ganiające się po drzewach. Nie poddajemy się jednak tak szybko, przed 7 rano, niewyspane, ale idziemy na dworzec autobusowy.

Stoję w długiej kolejce po bilety, przychodzi moja kolej a bileter w okienku informuje mnie, że bilety sprzeda mi dopiero 15 min przed odjazdem autobusu, czyli za jakieś 10 min! Ok, siadamy na ławce i czekamy. Podchodzę znów do okienka, a bileter stwierdza, że jednak będę mogła je kupić dopiero jak podjedzie autobus. Cierpliwość nam się kończy ale czekamy grzecznie. Podjeżdża autobus. Idę do okienka i tym razem słyszę, że bilety mamy kupić w środku, w autobusie.  Takie są właśnie Indie. Wrrr…

W autobusie ścisk, ale udaje nam się zdobyć miejsca siedzące. Dookoła nas pełno mężczyzn w czerwonych turbanach i kobiet poubieranych w kolorowe ciuszki oraz mnóstwo dzwoniącej biżuterii. Żywe choinki, ale jakże wyjątkowe.

Bransoletki od dłoni aż do barku. Pochodzą prawdopodobnie z plemiona Meghwal.

Kobieta siedząca przede mną co chwilę otwiera i zamyka okno, w końcu… puszcza przez nie pomarańczowego pawia… Dobrze, że moje okno było zamknięte! Całą trasę słychać odgłosy chrząkania i splunięć, obrzydlistwo. Do tego wszyscy nadają jak trajkotki, a z głośników leci mantra, przynajmniej dla nas to brzmi jak zapętlone te same dźwięki i słowa.

Widoki za oknem bardzo ładne… góry, strumyki i tylko wokół nich zielona roślinność, krzaczki z różowymi kwiatuszkami, drzewa a na nich małpy, gdzie wokół wszystko wyschnięte. Kontrastowo i ślicznie.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Przed 11 jesteśmy na miejscu. Za godzinę otwierają świątynie, więc pijemy chai, posilamy się pakori i chipsami o smaku magic masala. Jest pochmurno i ciągle pada. Obok nas siedzą starsi panowie, chrząkają, plują i puszczają bąki… Takie są właśnie Indie.

 

Do świątyni, a raczej kompleksu 4 świątyń wchodzi się za darmo, jednak aby móc zrobić zdjęcia trzeba zapłacić 100 rupii. Na wejściu wita nas swoim uśmiechem mały chłopczyk, który jak tylko nas dostrzega, biegnie do nas a my jako że nie mamy akurat żadnej pamiątki dla niego, oddajemy mu nasze chipsy. ;)

Główna świątynia powstała w XIV wieku i jest zdecydowanie perłą architektoniczną. W całości zbudowana jest z marmuru, a wewnątrz znajduje się mnóstwo figurek i bogato zdobionych filarów. Każdy jest inny. Zdecydowanie warto było przyjechać i ją zobaczyć na własne oczy, pomimo dysfunkcji i pogody.

Inni odwiedzający zaczepiają nas i każą sobie robić zdjęcia z nami, a później oglądają je na ekranie aparatu, ciesząc się jak ładnie wyszli.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Ok 14 łapiemy powrotny autobus do Udajpuru i kolejne 3h jazdy przed nami. Tym razem siadamy na samym końcu i na każdym zakręcie (góry) rzuca nas na boki. Podskakujemy na wybojach, dziurach i progach zwalniających, z których kierowca nic sobie nie robił. Po prostu ich nie zauważa i ani mu się śni zwalniać. Mamy nawet wrażenie, że ma z nas ubaw i przyspiesza, żebyśmy skakały jeszcze wyżej. Ekstremalnym wyczynem było dla nas jedzenie w tym czasie samos, to jak jeść podczas jazdy kolejką górską! Postanawiam się położyć, bo ciągle spadam z siedzenia a i wtedy muszę się trzymać rączek foteli. Chwilę wytchnienia dają nam tylko podjazdy, bo autobus ledwo dyszy i pewnie dlatego kierowca nie zwalnia, bo wtedy autobus by pod górkę nie podjechał w ogóle ;)

Pomimo tylu niedogodności dzień uznajemy za udany! :)

Reklamy