Halucynogenny Indiana Jones i zaginiony hostel w Jaipurze

SAM_2301

Nasze koleżanki w pociągu :)

Z Agry (stacja Agra Fort, kl.2, seat) wyjechałyśmy w kierunku Jaipuru pociągiem o 05:10 rano. Dzień wcześniej trzeba było załatwić transport na dworzec na 4, co nie było trudne. W mieście, jak i w całych Indiach jest mnóstwo rikszarzy. Nasz spał w swojej rikszy pod hostelem i czekał na nas do 3:30.

W pociągu oczywiście nie zostałyśmy obojętne współtowarzyszom podróży. Chłopak, który wracał z ‘egzaminu na męża’… „rodzice mojej przyszłej żony musieli mnie ocenić”… pytał, dlaczego podróżujemy same i kiedy wychodzimy za mąż? On żeni się za rok, a swoją ‘wybrankę’ w tym czasie zobaczy może z 3 razy. Dwie dziewczynki ok. 11 lat podeszły do nas, przedstawiły się i wypytały o podstawowe kwestie, czyli skąd jesteśmy itd. Cała trasę się uśmiechały i co chwilę pytały o coś co im aktualnie przyszło do głowy :) Na końcu zaprosiły nas do siebie do Ajamer. Niestety nie skorzystałyśmy z zaproszenia i pojechałyśmy dalej do Jaipuru, do którego dotarłyśmy przed 12tą.

Zamieszkałyśmy w Shakuntalam Guesthouse ok 5km od Old City, którego właściciel wyglądał jak Vito Corleone w wydaniu Bollywoodzkim. Twarz pociągła i smukła, policzki zapadnięte. Na jednym blizna jakby od cięcia nożem. Generalnie bardzo uprzejmy i wzbudzający respekt gość. Ile kosztował pokój możecie sprawdzić tutaj.

Z kierowcą, z którym przyjechałyśmy z dworca umówiłyśmy się na ‘za godzinę’ na objazd rikszą po wyznaczonych przez nas miejscach. W tym czasie zrobiłyśmy pranie, wzięłyśmy szybki prysznic i zamówiłyśmy jedzenie. Pokój średni, ale za to jedzenie pierwsza klasa i niedrogie. Kucharz z Chin przyrządza najlepsze dania, jakie do tej pory jadłyśmy w Indiach! Ola chce go zabrać do Polski.

Okazało się, że nasz kierowca, dostał lepszą i bardziej opłacalną fuchę i przysłał kolegę, a nawet dwóch. Przyjechali nie rikszą, a samochodem z klimatyzacją, bo w taki upał nie chce im się męczyć w rikszy. Czytałam gdzieś, że takie samochody to obok riksz popularny wśród zwiedzających środek transportu w Jaipurze. Zgodzili się na kwotę ustaloną za rikszę (100Rs) więc wsiadamy.

Kierowca chciał wiedzieć o nas wszystko. Między innymi to, skąd mamy pieniądze na taką podróż, a to już wzbudziło w nas niepokój. Uzgodniłyśmy, że nie będziemy im mówiły prawdy i zmyśliłyśmy historię o studentkach mieszkających z rodzicami i pracujących po godzinach 3 lata, żeby uzbierać na podróż. Oczywiście nie ujawniałyśmy więcej informacji o sobie i pan kierowca stwierdził, że mu nie ufamy i był bardzo zawiedziony. Ba, szczerze się obraził. Czułyśmy się dość dziwnie, ale póki co oni jadą gdzie chcemy więc jest ok.

Pierwszy przystanek – kartki. Na poczcie tutaj nie ma kartek  i trzeba się w nie zaopatrzyć u panów sprzedających pamiątki w sklepikach. Sprzedawca był bardzo niemiły. Starszy pan z brodą, który widząc białe twarze chciał więcej zarobić podawał wyższe ceny. Nie chciał się nawet targować przy takiej ilości kartek, którą chciałyśmy wziąć. W końcu zapytałam go, czy wierzy w samsarę, czyli wędrówkę duszy i jej odradzanie się w różny wcieleniach w zależności od nagromadzenia karmy… i od razu spuścił cenę. Ha! Mam cię!

Po kupnie kartek (sporo ich miałyśmy) trzeba je wypisać, tak więc pan kierowca i jego przyjaciel stwierdzili, żebyśmy podjechali do jakiejś knajpki. My będziemy wypisywać kartki a oni się czegoś napiją. No ok, czemu nie. Podjechaliśmy pod ekskluzywną restaurację z klimatyzacją i kelnerami pod muszką! Pierwszy raz taką widziałyśmy w Indiach, bo jadamy na ‚ulicy’. Zamówiłyśmy herbatę, żeby nie siedzieć przy pustym stole i piszemy wlepiając wzrok w kartki i nie zwracając na nich uwagi. Po chwili przychodzi ich znajomy, niby dawno nie widziany. Ściskają się jakby mówili ‘kopę lat stary!’.

Robiłyśmy się coraz bardziej poirytowane i zaniepokojone, bo zamiast zajmować się sobą to ciągle nas wypytywali m.in. o to gdzie mieszkamy w Polsce…Kraków, Warszawa?!  A my z Olką ściemniamy dalej równo. Nowy pan pyta, czy nie chciałybyśmy pracować dla niego w PL?! … W Lonely Planet czytałam o takich oszustach. Zaczęło się robić dość dziwnie, pachniało przekrętem i zaczęłyśmy się ich trochę bać. Bez żadnych pytań wstałyśmy, podziękowałyśmy grzecznie za rozmowę i wyszłyśmy z restauracji idąc przed siebie i nie oglądając się w tył. Oczywiście za fałszywą ‘rikszę’ nie zapłaciłyśmy.

Zawsze jesteśmy dość nieufne (co może być odbierane dwojako), a tutaj proszę, prawie dałyśmy się wpuścić w maliny. Chyba dlatego, że wszyscy piszą jacy to Hindusi gościnni i otwarci i że można ich łatwo urazić. Dupa. Ufać należy przede wszystkim własnemu instynktowi. Lepiej być podejrzliwym, nieufnym i szybko reagować na zmieniająca się sytuację niż mieć problemy.  Oczywiście bez przesady. Tutaj skończyło się dobrze a kto wie kim byli i jaki mięli zamiar?

I teraz ważna sprawa! Zawsze miejcie przy sobie wizytówkę waszego hostelu!  W takiej sytuacji, gdzie hostelu nie ma w LP (lub innym przewodniku), nie macie wizytówki i nie znacie nazwy hostelu, bo przecież nazwa taka długa i do tego w obcym języku, ciężko będzie do niego trafić… zwłaszcza kiedy przyjechało się do nowego miasta 2h wcześniej.

Znalazłyśmy się gdzieś po drugiej stronie miasta, niewiadomo gdzie. Z przewodnikiem podeszłyśmy do Western Union, gdzie pani za szybką wskazała nam naszą aktualną pozycję oraz drogę na pocztę (z 2km), która była teraz naszym celem nr 1.

Na poczcie wysłałyśmy kartki a pracownica zapytana o drogę do przystanku autobusowego, narysowała mi ładną mapkę. Chciałyśmy tam dotrzeć z zamiarem kupna biletów do Pushkaru za 2 dni. W międzyczasie niebo się otworzyło i wypadły z niego hektolitry wody! Zostałyśmy uwięzione na poczcie. Oczywiście korzystając z okazji, że białe nigdzie nie uciekną przyczepił się do nas pan – agent turystyczny. Nic nam nie chciał sprzedawać i nas naciągać, porozmawiał sobie tylko i podał e-mail Olce, żeby przekazać znajomym na wypadek, gdyby chcieli przyjechać do Jaipuru i potrzebowali pomocy. Miłe odstępstwo od reguł tutaj panujących.

Po ok 20-30 min przestało padać… a my w drodze na przystanek miałyśmy świetny humor! Cieszyłyśmy się, że udało nam się uwolnić od oszustów. Podskakiwałam na ulicy i nuciłam „I’m singing in the rain”. Obok przechodziła kobieta w sari, więc ją złapałam pod ramię i zrobiłam sobie z nią fotkę. Obie miałyśmy niezły ubaw! ;) Białe się czegoś nawdychały, pewnie pomyślała! ;) Na przystanku Olka zabawiała dzieciaki goniące się w środku budynku a ja przy okienku tłumaczyłam dwóm starszym panom, że chcemy bilet do Pushkaru. Ja po angielsku, oni po hindusku. I tak sobie rozmawialiśmy, generalnie było bardzo zabawnie. Nawet przewodnik LP przez szparkę w okienku zabrali. Pokazywałam na autobus do Pushkaru, że chcemy bilet na za 2 dni, nie na dziś. Oni zaś uparcie obstawali przy tym, że dziś już bezpośredni odjechał i musimy jechać do Ajmeru i stamtąd dalej. Kolejna próba… zapisałam im ładnie wszystko na karteczce i wsunęłam pod szybką okienka. Zerkali, oglądali ją z wszystkich stron, drapali się po głowach, po brodzie, aż w końcu skierowali mnie do okienka obok. Tam już bardziej kumaty starszy jegomość, powiedział, że bilet możemy kupić wcześniej tylko na 15:15, a nie na 9am jak chciałyśmy (inny bus). Mamy po prostu przyjść przed odjazdem i kupić bilet w autobusie. Nie można było tak od razu? Zabawy z nimi było co niemiara ;)

SAM_2313SAM_2323

Rozpadało się znowu i było już dość ciemno, więc wzięłyśmy motorikszę do hostelu (30RS). Kilku zapytanych kierowców nie wiedziało nawet gdzie jest nasz hotel. Mówili, że nie znają, ale na szczęście znalazł się jednej, który znał – Parkash, o którym więcej w dalszej historii pobytu w Jaipurze.

To był dzień pełen emocji!…

O 21 leżałyśmy już w łóżkach, ale przedtem wygłodniałe pochłonęłyśmy kashmir aloo (nadziewane ziemniaczki w sosie curry) dzieła naszego genialnego hostelowego kucharza z Chin. Ukontentowane oddałyśmy się w objęcia Morfeusza z oczekiwaniem co przyniesie następny dzień naszej przygody w Indiach.

PS. Żadna z kartek wysłanych tego dnia nie doszła do nikogo.

PSS. Nie pytajcie skąd ten tytuł, znajomy uznał że do tej historii będzie w sam raz! ;)

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Reklamy